Posłowie do "Dziadka do Orzechów i Króla Myszy"

"Dziadek do Orzechów i Król Myszy" - posłowie tłumaczki, Elizy Pieciul-Karmińskiej

 

Ernest Teodor Amadeusz Hoffmann (1776-1822) to postać znana polskiej publiczności, przede wszystkim jako pisarz późnego romantyzmu niemieckiego. Warto pamiętać, że był on z zawodu prawnikiem, ale również doskonałym malarzem i muzykiem, na cześć Mozarta zmienił zresztą swe trzecie imię Wilhelm na Amadeusz. Dla polskiego czytelnika ciekawe będą z pewnością dzieje jego pobytu w Poznaniu, Płocku i Warszawie oraz małżeństwo z poznaną w Poznaniu Polką, Marianną Teklą Michaliną Rorer. Zainteresowanych biografią i dziełem E.T.A. Hoffmanna warto odesłać do monografii Marka Jaroszewskiego pt. Życie i twórczość E.T.A. Hoffmanna (1776-1822) (Gdańsk 2006).

Baśń Dziadek do Orzechów i Król Myszy została wydana na Boże Narodzenie 1816 roku. Postaci z tej bajki nie są wyłącznie produktem wyobraźni autora. Fryc, Maria i Luiza to imiona trojga z pięciorga dzieci Juliusa Eduarda Hitziga, w którego domu Hoffmann bardzo często bywał. Sam Hitzig w biografii Hoffmanna (Aus Hoffmanns Leben und Nachlass), wydanej w 1823 roku krótko po śmierci pisarza, zaświadcza, że baśń powstała z myślą o jego dzieciach, które z zachwytem przyjęły wiadomość, że występują w niej ich imiennicy.

Opis serdecznych relacji z dziećmi przyjaciela, które bardzo ceniły nie tylko opowiadane przez Hoffmanna bajki, ale też konstruowane przez niego zabawki, odnaleźć można w wielu szczegółach opowieści, a sam autor, zgodnym zdaniem historyków literatury, nadał postaci ojca chrzestnego Drosselmeiera wiele cech własnych. Drosselmeier, radca sądu najwyższego, jest urzędnikiem i prawnikiem, tak jak sam autor. I podobnie jak Hoffmann, który jako pisarz, kompozytor, rysownik żył poniekąd w innym świecie: świecie sztuki, również Drosselmeier jest nie tylko sędzią, ale i zegarmistrzem oraz „arkanistą”, a zatem zna się na rzeczach tajemnych i magicznych.

 

Dziadek do Orzechów w polskich przekładach

Pierwszy polski przekład tej baśni pochodzi z 1906 roku. Jest to: Historia Dziadka do Orzechów. Podług Aleksandra Dumasa ułożyła Wanda Młodnicka. Jak widać, tłumaczka mylnie przypisała autorstwo książki francuskiemu pisarzowi. Wersja Wandy Młodnickiej to typowy przykład swobodnego podejścia tłumacza do tekstu. Pojawiają się tu całe akapity nieobecne w oryginale, a dodane przez tłumaczkę w celu ubarwienia opowieści. Niektóre fragmenty są zresztą bardzo drastyczne, jak np. taki epizod z opisu bitwy: „mysz wlazła na poliszynela i pożerała mu wnętrzności”. Ponadto autorka przekładu przeniosła akcję bajki do Polski – rodzeństwo nazywało się Marynia i Staś, Stahlbaumowie to Złotomirscy, ojciec chrzestny Drosselmeier to Jan Kanty Świdrzycki, z zawodu „konsyljarz medycyny”. Dziadek do Orzechów zwany jest „pan Gryzorzeski”, a w swym ludzkim wcieleniu nazywa się Amarant Pięknosz… Tłumaczenie to trudno analizować w kategoriach przekładu – jest to raczej adaptacja naznaczona swoistym stylem tłumaczki i jej pedagogicznymi ideałami.

Kolejny przekład z roku 1927 jest autorstwa Józefa Kramsztyka. Jego Historia o Dziadku do Orzechów i o Królu Myszy została zaadaptowana w roku 1954 przez Krystynę Kuliczkowską. To wydanie, zatytułowane Dziadek do Orzechów, jest chyba najbardziej znaną polskojęzyczną wersją opowieści Hoffmanna. Książka ta, którą wydała Nasza Księgarnia, a zilustrował Jan Marcin Szancer, doczekała się ogromnej ilości wznowień. Tymczasem oryginalne tłumaczenie Kramsztyka znaleźć można tylko w wydaniach przeznaczonych dla czytelnika dorosłego, np. w Opowiadaniach E.T.A. Hoffmanna (Czytelnik 1977). Te dwie wersje należy ściśle od siebie odróżniać, gdyż przedwojenny przekład Józefa Kramsztyka to tekst wierny oryginałowi, tymczasem adaptacja Krystyny Kuliczkowskiej to tekst przetworzony na potrzeby odbiorcy dziecięcego. Redaktorka skróciła wiele opisowych fragmentów tekstu, uznając je prawdopodobnie za nieistotne dla fabuły, oraz wykreśliła wszelkie odwołania religijne. Charakterystyczna jest również transformacja „dwunastu małych, zgrabniutkich Murzynków”, którzy w wersji Naszej Księgarni stają się „dwunastoma małymi, zgrabniutkimi chłopcami”. Z wydania powojennego wycięto również długi passus opisujący ich figle oraz piosenkę rozpoczynającą się w wersji Kramsztyka od słów: „Murzynów głosy, płyńcie w niebiosy!” Można się oczywiście domyślać, jakie były przyczyny tego typu opuszczeń w pierwszym wydaniu z roku 1954. Niestety wszystkie kolejne wznowienia powielały te redukcje.

Przez dziesięciolecia to właśnie adaptacja Kuliczkowskiej z ilustracjami Szancera była kanonicznym polskojęzycznym wydaniem bajki Hoffmanna. Dopiero w roku 2006 Świat Książki wydał nowe tłumaczenie bajki Hoffmanna. Jest to Dziadek do Orzechów i Król Myszy w przekładzie Izabelli Korsak z ilustracjami Jolanty Marcolli. Także ten przekład, napisany poprawną, współczesną polszczyzną, uznać można za skierowany przede wszystkim do odbiorcy dziecięcego, o czym świadczyć mogą pewne uproszczenia w tekście, szczególnie w zakresie stylu. Równocześnie autorka przekładu postanowiła dodać przypisy, co należy przyjąć z uznaniem, jakkolwiek niektóre z nich są wymuszone przez terminy nieobecne w oryginale, a dodane przez tłumaczkę (np. „pospolite ruszenie”).

W roku 2008 w krakowskim Instytucie Baśni pojawia się Dziadek do Orzechów i Mysi Król w przekładzie Elżbiety Zarych z drzeworytami francuskiego artysty Bertalla. Tekst przekładu zdradza szczególne powinowactwo z tłumaczeniem Wandy Młodnickiej, tzn. powiela jej błędy. To właśnie w tych dwóch wydaniach zamiast „Wielkiego Mogoła” w królestwie lalek pojawia się „Wielki Mongoł”, a toruńskie pierniki wykonane są jakoby z drzewa cynamonowego!

 

Jak tłumaczyć Dziadka do Orzechów?

Dziadek do Orzechów i Król Myszy to baśń literacka, a nie ludowa, zatem w niczym nie przypomina chociażby Baśni dla dzieci i dla domu braci Grimm. Tam, gdzie baśń ludowa pozbawiona jest szczegółów, baśń literacka na nich się właśnie opiera. Dziadek do Orzechów jest tego najlepszym przykładem – opowieść rozpoczyna się przecież od pieczołowitego opisu bożonarodzeniowej atmosfery panującej w domu Stahlbaumów. Równie szczegółowe jest przedstawienie bitwy mysiej armii z armią zabawek, a największe wrażenie, chyba nie tylko na młodszych czytelnikach, robi drobiazgowa relacja z podróży Marii po królestwie lalek. Tak więc zadaniem tłumacza będzie wierne oddanie w przekładzie wszystkich szczegółów.

Ważne są w tej baśni elementy humorystyczne, ironiczne i satyryczne, pozwalające na lekturę na wielu płaszczyznach. Nie należy zatem pozbawiać czytelnika przekładu dodatkowych możliwości odczytania i sprowadzać tekstu jedynie do prezentacji warstwy fabularnej. Opis stosunków panujących na dworze królewskim w bajce o twardym orzechu to przecież zjadliwa satyra na zadufanych i niezbyt rozgarniętych możnowładców wszelkiej maści, a passus o mieszkańcach Pralinogrodu, którzy z bojaźliwą trwogą czczą nieprzewidywalne fatum zwane Cukiernikiem, nie wymaga chyba komentarza.

Charakterystyczną cechą ówczesnych relacji społecznych jest rozbudowana tytulatura – nawet bliscy sobie ludzie mówią do siebie per „panie radco”, matka Marii zwana jest częściej „radczynią” niż „mamą”, a koty na dworze królewskim piastują godność radców legacyjnych. Warto więc w przekładzie utrzymać liczne tytuły, nawet te, które dla polskich uszu brzmią zupełnie obco, bo właśnie taka egzotyzacja tym lepiej uwypukla ów szczególny rys opowiadania.

Nie wolno też pominąć licznych aluzji erudycyjnych pomieszczonych w tym krótkim tekście. Autor nawiązuje w nich do ówczesnych „przebojów” literackich, operowych, teatralnych… Dzięki temu możemy dowiedzieć się, czym żyła ówczesna Europa – przed spaniem czytana jest „świetna” opowieść o księciu Fakardinie Anthony’ego von Hamiltona, wśród laleczek Marii znajduje się tytułowa postać sztuki Pachter Feldkümmel von Tippelskirchen niezwykle wówczas popularnego dramatopisarza Kotzebuego, w krainie zabawek pojawia się procesja z opery Wintera Przerwana ofiara (wystawiona także w Warszawie w roku 1802 przez Bogusławskiego). Czytelnik polski powinien mieć szansę poznać te odniesienia, nawet jeśli wymagać to będzie wprowadzenia przypisu.

 

Czym różni się nowy przekład od poprzednich?

Z powyższej prezentacji wynika, że w języku polskim istnieje całkiem pokaźna „seria translatorska” Dziadka do Orzechów. Zapytać więc należy, co nowego wnosi kolejny przekład, zamieszczony w niniejszym wydaniu. Każdy tłumacz, tworząc nową wersję wielokrotnie już tłumaczonego tekstu, pragnie uwypuklić jakiś – jego zdaniem – niedoceniany dotąd rys przekładanego dzieła.

W pracy nad niniejszym przekładem pragnęłam pozostać jak najwierniejsza oryginałowi, kierując się przekonaniem, że rację ma zawsze autor. Jakie są konsekwencje takiej strategii tłumaczeniowej? Jeśli na przykład w tekście pojawiają się elementy niejasne lub pozornie nielogiczne, tłumacz musi ufać, że autor wiedział, co pisze, zatem kwestii niezrozumiałych nie należy poprawiać lub omijać, tylko szukać dla nich wyjaśnień, jak choćby w przypadku „figurek z przepowiednią”, o czym za chwilę. Tłumacz musi też pamiętać, że autor miał swoje powody, by pisać w określony sposób (np. używając pozornie niedbałego stylu lub uporczywie nazywając swych czytelników Marią bądź Frycem).

Ponadto wierzyć trzeba, że żaden szczegół opowieści nie jest przypadkowy, np. jeśli Maria wędruje po lesie, który zwie się Lasem Bożonarodzeniowym, to na drzewach w polskim przekładzie wisieć powinna „lameta” (Rauschgold), a nie „cienkie listki złota” (Kramsztyk) czy „cienkie złote nitki” (Kuliczkowska), ani tym bardziej „cienkie płytki złota” (Korsak) czy „świecidełka” (Zarych). Tak samo precyzyjnie należy oddawać nazwy słodyczy; gdy Maria idzie po czymś, co wygląda jak kostki marmuru, a w oryginale zwie się Morschellen, to będzie to bliskowschodnie „rachatłukum”, a nie „pistacje i makaroniki” (Młodnicka), „makagigi” (Kramsztyk), „marcypan” (Kuliczkowska), „kostki makagigi” (Korsak) czy „słodkie pastylki” (Zarych).

Jakie najważniejsze kwestie odróżniają niniejsze wydanie od przekładów wcześniejszych?

 

Imię głównej bohaterki

Pierwszą różnicą, która od razu rzuca się w oczy, są imiona bohaterów. Warto w tym miejscu przyjrzeć się bliżej głównej bohaterce. Wiemy już, że jest ona imienniczką Marii Hitzig i tak samo jak ona liczy sobie „zaledwie siedem lat”, bowiem urodzona w 1809 roku Maria Hitzig w chwili ukończenia opowiadania, czyli w roku 1816, była w tym właśnie wieku.

Świat baśni rządzi się własnymi prawami, a jednak wczesny wiek zamążpójścia Marii Stahlbaum, która w wieku lat siedmiu przyjmuje oświadczyny, a rok później („nach Jahresfrist”) zostaje żoną młodego Drosselmeiera, budzi pewne kontrowersje. Najwyraźniej objawia się to w „ocenzurowanych” przekładach, które jednoroczne narzeczeństwo Marii wydłużają o kilka lat. Wydaje się, że trudności tych można by uniknąć, gdyby wziąć pod uwagę, że wiele cech głównej bohaterki, takich jak roztropność, gotowość do pomocy i poświęcenia, czułe serce i wrażliwość sprawia, że dziewczynka robi wrażenie o wiele starszej, dojrzałej osoby, jak najbardziej gotowej do dorosłości.

Również jej imię, chociaż znamy pozaliteracką imienniczkę Marii, budzi siłą rzeczy skojarzenia religijne, które prawdopodobnie były zamierzone przez autora. Maria to wszak portret ideału kobiety – mała Maria Stahlbaum jest troszeczkę jak Matka Boska.

W dotychczasowych polskich przekładach postać głównej bohaterki zwana jest zdrobniale Marynią, tylko w adaptacji Kuliczkowskiej główna bohaterka nazywa się Klara. Ponieważ brat Klary nazywa się w tej wersji Fred, a jej starsza siostra Ludwika, można zgadywać, że źródłem takiej wersji imion jest balet Piotra Czajkowskiego Dziadek do Orzechów.

Pamiętając jednak o pierwowzorze bohaterów: dzieciach Juliusa Eduarda Hitziga, wiemy, że postulowana wierność zamysłowi autora każe trzymać się w przekładzie imion oryginalnych. Czy „Marynia” ten zamiar spełnia? W polskich przekładach literatury dziecięcej istnieje rozpowszechniona tendencja, by używać imion zdrobniałych, nawet jeśli w oryginale takie formy się nie pojawiają. Różnie można oceniać taką strategię. Z jednej strony, język polski skłania do używania zdrobnień w stosunku do dzieci, z drugiej strony przekłady z innego języka powinny sygnalizować rzeczywistą obcość świata przedstawionego, by dziecko miało szansę dowiedzieć się, że w innych krajach ludzie nazywają się inaczej i inaczej się do siebie zwracają. Zresztą w epoce opisanej w baśni stosunki między dorosłymi a dziećmi były o wiele bardziej oficjalne. Zatem warto i tutaj opowiedzieć się za formami jak najbliższymi oryginałowi. Równocześnie jednak niemiecka forma „Marie” byłaby nieodmienna w języku polskim, dlatego zyskała ona polską końcówkę rodzajową – „Maria”. Rezygnacja ze zdrobnienia miała jeszcze jedną przyczynę: forma „Marynia” wprowadza nie tylko zbyt silne skojarzenia z polszczyzną, lecz równocześnie nie pozwala zachować wspomnianego nawiązania do osoby Matki Boskiej.

 

Styl ustnej opowieści

Kwestia doboru imion związana jest również z obecnymi w tekście licznymi bezpośrednimi zwrotami kierowanymi do czytelników bądź słuchaczy, których autor nazywa a to „Marią”, a to „Frycem”. Może to wprowadzać pewną konfuzję, jakby autor zakładał, że wszyscy czytelnicy jego książki tylko tak mają na imię. Jednak jeśli będziemy pamiętać, że autor pisał swą baśń dla konkretnych odbiorców: Marii i Fryca Hitzigów, to takie sformułowania nie powinny stanowić problemu w przekładzie. Co więcej, powinny być – jako naśladowanie stylu ustnej opowieści – bezwzględnie zachowane.

Autor wyzyskuje także inne możliwości, by jak najbardziej upodobnić narrację do ustnego przekazu. Naśladuje więc język mówiony, tworząc długie zdania, narrator zaś  pozornie się w nich gubi i musi powtarzać pewne treści, które jakby umknęły mu w ferworze opowieści. Zatem wszelkie próby wygładzenia stylu i rozplątania zawikłanych zdań uznać należy za sprzeniewierzenie się zamiarowi autora.

 

Słodycze z epoki – przypadek „figurek z przepowiednią”

Ciekawy przypadek, który również stanowi novum niniejszego przekładu, to tzw. „figurki z przepowiednią”, w oryginale „Devisen-Figuren”. Jak pamiętamy, w bitwie przeciwko mysiej armii brały udział nie tylko lalki (żołnierzyki, pajace), ale również rozmaite „wyroby cukiernicze”: wspomniane właśnie figurki z przepowiednią oraz toruńskie pierniki, które biły się wyjątkowo nieporadnie.

Przypadek „figurek z przepowiednią” jest o tyle interesujący, że żadne z polskich tłumaczeń nie oddaje ich rzeczywistego charakteru, co w konsekwencji rodzi nielogiczność w epizodzie bitwy, w której odgrywają one główną rolę. Oryginalne „Devisen-Figuren” to ciastka wykonane z mieszanki mąki, cukru i tragantu. Posiadały one rozmaite kształty – ludzi i zwierząt, a składały się z dwóch części przedzielonych „dewizą”, czyli kawałkiem papieru z wypisaną wróżbą lub żartobliwą, czasem dwuznaczną sentencją. W niniejszym przekładzie „Devisen-Figuren” to „figurki z przepowiednią”. Przyjęłam, że dosłowny przekład „figurka z dewizą” obarczony byłby wieloznacznością słowa „dewiza”. Równocześnie znamy chińskie ciasteczka z przepowiednią, które spełniają podobną rolę jak opisywane przez Hoffmanna figurki. Zdecydowałam się ponadto na wprowadzenie przypisu, który ma pomóc w wyobrażeniu sobie tego szczególnego, a dzisiaj zupełnie już nieznanego wypieku. Takie zrozumienie jest istotne, gdyż figurki odgrywają niebagatelną rolę w czasie bitwy. Ich opis odwołuje się bowiem do dwóch istotnych kwestii. Po pierwsze, autor ukazuje ich wielką różnorodność („Te dzielne,bardzo kolorowe i wspaniałe oddziały […] składały się z licznych ogrodników, Tyrolczyków, Tunguzów, fryzjerów, arlekinów, kupidynów, lwów, tygrysów, koczkodanów i szympansów…”), a po drugie zadrukowana karteczka w środku okazuje się zabójcza dla wrogiej armii („Gdy tylko jakiś mysi kawalerzysta przepełniony żądzą mordu przegryzał w pół jednego z dzielnych przeciwników, do jego gardła dostawała się mała zadrukowana karteczka, która natychmiast go uśmiercała”).

Przypadek „figurek z przepowiednią” jest o tyle ciekawy, że we wcześniejszych przekładach nie rozpoznano, że chodzi tutaj o figurki z ciasta i to z karteczką w środku. W tłumaczeniach odnajdujemy więc różne wersje: „lalki charakterystyczne” (Kramsztyk), „lalki” (Kuliczkowska), „figurki” (Zarych) czy w końcu „oddział pospolitego ruszenia” (Korsak) z przypisem wyjaśniającym, czym jest „pospolite ruszenie”, chociaż autor o takiej formacji w ogóle nie wspomina. W ten sposób do opisu bitwy wkrada się oczywista niejasność. Czytelnik polski nie wie, dlaczego do owych lalek doczepione były jakieś karteczki, którymi dusiły się myszy.

***

W pracy nad niniejszym przekładem starałam się również pamiętać, że oryginalny tekst Dziadka do Orzechów i Króla Myszy pozbawiony jest choćby cienia dydaktyzmu. Autor nie chce moralizować, lecz opowiadać. Swą opowieść konstruuje na dodatek w taki sposób, że do końca nie możemy być pewni, co tak naprawdę chciałby nam powiedzieć. Ta wieloznaczność musiałaby zginąć w przekładzie, jeśli miałby on zostać dostosowany do odbiorcy dziecięcego, w dodatku z dydaktyczną intencją. Dlatego też postulowana wierność intencjom autora powinna umożliwić bliską oryginałowi wielość odczytań i sprawić, że opowieść operypetiach Marii i Dziadka do Orzechów zainteresuje również czytelników dorosłych.

 

Dziadek do Orzechów i Król Myszy opowiada o sile wyobraźni i charakteru. I o wspaniałych światach, które możemy dostrzec, jeśli tylko – jak głosi zakończenie baśni – „umiemy patrzeć”.

 

Eliza Pieciul-Karmińska